Alpejskie przeżycia
Trzy polskie załogi, dowodzone przez pilotów: Jacka Bogdańskiego, Wojciecha Polewicza i Ryszarda Kurowskiego, startowały w tegorocznych XXXI Międzynarodowych Zimowych Zawodach Balonowych BP Gas Balloon Trophy w Zell am See - Kaprun w Austrii. Autorką relacji, z tej tradycyjnej już i szeroko znanej imprezy lotniczej, jest pilotka balonowa, która pełniła rolę nawigatora w załodze Jacka Bogdańskiego. (red.)

Marzeniem o locie nad Alpami, który jest głównym wyzwaniem BP Gas Balloon Trophy, zaraziliśmy się razem z Jackiem Bogdańskim w Rosji. Był czerwiec, a jeden z tamtejszych znakomitych pilotów, człowiek, który latał balonem nawet nad biegunem, był jeszcze ciągle pod wrażeniem swojego zimowego przelotu TransAlpine. Opowiadał o trudnościach lotu, rotorach, chmurach spowijających doliny, i wspaniałych widokach ponad nimi. Marzenie powoli zaczynało przybierać realny kształt. Nie spodziewałam się jednak, że spełni się tak szybko. Wysokie koszty wyjazdu i wykańczanie domu spowodowały, iż sama nie zdecydowałam się na udział. Jacek Bogdański jednak postanowił nie odpuszczać i zmierzyć się z najwyższymi górami. Byłam szczęśliwa, i w tym miejscu chcę mu serdecznie podziękować, kiedy zaproponował mi miejsce w załodze i rolę nawigatora w wysokim locie przez Alpy, który jest największym wyzwaniem tych zawodów. Przygotowania zaczęły się już kilka miesięcy wcześniej. Jacek czytał książki dotyczące meteorologii w górach, obliczał jak może obciążyć balon, ile zużyje paliwa i na jakiej wysokości lecieć. Organizatorzy rekomendowali, iż balon na wysoki lot nie powinien być mniejszej pojemności niż 3000 m3. Nie wiedzieliśmy jednak właściwie dlaczego? Balon Jacka, Cameron C 90, ma pojemność zaledwie 2550 m3. Mimo prób, nie udało nam się jednak wypożyczyć większego balonu. Mimo to postanowiliśmy spróbować.
POCZĄTEK
Pierwsze 2 dni zawodów, w których rozegrano 3 konkurencje, minęły bardzo szybko. Jacek najpierw bardzo ostrożnie, a później zadziwiająco śmiało uczył się latania w górach. Trzeciego dnia opady śniegu uniemożliwiły latanie. Komunikaty meteo na 27 stycznia były jednak bardzo optymistyczne. Nad północną część Europy nasunął się wyż, natomiast na południu kontynentu utworzył się układ niskiego ciśnienia. Po przejściu frontu chłodnego nad obszar Alp miało napływać chłodne i suche powietrze z północy. Nad ranem w dolinach spodziewane były chmury i mgły, które miały ustąpić do południa. Wiatr poniżej grzbietów górskich - słaby, wschodni i południowo-wschodni; powyżej gór - z przewagą kierunków północnych 340-20 stopni, o sile od 15 do ponad 25 kt. Ale na ile można wierzyć komunikatom? Czy wiatr nie będzie za słaby, aby przelecieć całe góry? Przy najbardziej sprzyjającym kierunku wiatru, z północy na południe, jest to odległość ponad 100 km. Na południe od Zell am See jest tylko jedna dolina, z miastem Lienz, w której można bezpiecznie wylądować i wrócić samochodem. W przypadku lądowania w innym miejscu, w górach - powrót tylko śmigłowcem: koszt - 24 euro za minutę. Nasuwało się też pytanie, czy w razie lądowania w górach w ogóle ktoś nas znajdzie? Organizatorzy zalecali zabranie zapasu żywności na minimum 3 dni, śpiworów oraz ciepłych ubrań na wypadek konieczności dotarcia z gór do cywilizacji.
AMBITNE WYZWANIE
Przygotowania rozpoczęliśmy już wieczorem. Sprzęt czekał gotowy. Cztery duże butle gazu zostały zaazotowane. Dwie mniejsze, niezaazotowane, z których miał być podtrzymywany płomień pilotowy zabraliśmy na noc do ciepła. Ostatni raz sprawdziliśmy aparaturę tlenową, mapy, gps, radia, transponder i zapasowe zapalniczki. Ciekawostką jest to, iż organizatorzy nie zapewnili nam map. Zamieszczono je na stronie internetowej zawodów. Należało wyplotować je sobie we własnym zakresie. Nie muszę dodawać, że ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Mapy te nie obejmowały całych gór. Kończyły się wraz z granicą Austrii, a była to dopiero połowa naszego lotu. Pozostała więc mapa samochodowa. Następnym razem na pewno lepiej się przygotujemy. Tak więc wszystko było ready, a my kładliśmy się do łóżek, myśląc już wyłącznie o locie. Jedyna rzecz, której nie mieliśmy, to jakiegoś niewielkiego naczynia, w którym w razie lądowania w górach moglibyśmy rozpuszczać śnieg. Ponieważ nic takiego nie mieliśmy, ostatecznie zabrałam jeszcze puszkę piwa. W razie czego powinna się chyba nadawać?
WYMARZONY LOT
Ranek, niestety, nie powitał nas błękitem nieba. Zgodnie z zapowiedziami dolinę przykrywały niskie chmury. Na odprawie wyznaczono 3 konkurencje: wyścig do strefy, czyli jak najszybciej przelecieć dystans 10 km; następnie cel w okolicy najwyższego szczytu Austrii Grossglockner; i maksymalny dystans bez limitu czasu ani odległości. Zapowiadał się więc wymarzony lot!

Balony podzielono na grupy, przeważnie po cztery. W każdej grupie wyznaczony został lider, odpowiedzialny za korespondencję ze służbami kontroli lotów. Naszym liderem został Niemiec, Thomas Fink. Szczęśliwie nie musieliśmy więc zaprzątać sobie głowy radiem. Ktoś robił to za nas. W grupie mieliśmy jeszcze Rosjanina. Ku naszemu zdziwieniu nie miał ani tlenu, ani radiostacji lotniczej! Dał nam radyjka łoki toki i zaproponował, abyśmy przez nie utrzymywali z nim kontakt. Przyznaję, że byliśmy lekko zszokowani.
Do startu odjechaliśmy około 15 km na północ, aby w razie zbyt słabego lub nieodpowiedniego kierunku wiatru pozostawić sobie możliwość wylądowania w naszej dolinie. Pomimo 6 butli gazu i postawienia balonu z butli zewnętrznej, nie byliśmy pewni czy starczy nam paliwa, aby wylądować po południowej stronie Alp.
SMS-em przyszła wiadomość o rozpoczęciu okresu startowego. Thomas i Sergey wystartowali przed nami. Ostatnie przygotowania. Nie wszystko mieści się w koszu. Część rzeczy przywiązujemy na zewnątrz. Jest bardzo ciasno.
START
Nareszcie start. Jacek skupia się teraz wyłącznie na palniku i wariometrze. Ja co jakiś czas podaję mu wysokość, kierunek oraz prędkość. Wznosimy się 3,5 m/s. Ku naszemu zdziwieniu, przy wznoszeniu temperatura w powłoce, pomimo mrozu, dochodzi do 117o C. Początkowo w dolinie wiatr wieje w kierunku północnym. Kiedy jednak wzlatujemy nad góry, gwałtownie skręca na południe. Nasze założenie jest takie, że jeśli prędkość wiatru nie przekroczy 35 km/h, lądujemy na lotnisku. Jeśli będzie większa, lecimy do Lienz, a przy prędkości min. 60 km/h - do Włoch. Jacek nie przerywa wznoszenia.




