Australijskie rekordy Polski
Wszystko zaczęło się na Węgrzech podczas Szybowcowych Mistrzostw Świata Kobiet. Wyjazd do Szeged zaowocował już po kilku dniach dobrą znajomością z Australijką Jenny Thompson i jej ekipą. W kontaktach pomógł fakt, że Jenny startowała pożyczonym z Polski kadrowym ASW 27 VP. Do ekipy Jenny należeli jej mąż Jeremy, trener Greg Schmidt i pochodzący z Polski mentor Ziggy Kusiak. Wszystko, jak to zwykle bywa, zaczęło się od żartów o tym, że powinnam przyjechać na zimę do Australii, by zasmakować tamtejszego latania szybowcowego. Do tej pory wszystkie tego typu rozmowy kończyły się bezowocnie. Nie tym razem jednak. Propozycja była bardzo kusząca. Daleki, bardzo egzotyczny dla mnie kraj, trzeci kontynent na którym miałabym latać. Wkrótce po zakończeniu Mistrzostw Świata zapadła decyzja: lecę w styczniu do Australii.

Ruszyły przygotowania do wyprawy, która z racji jej długości mogła być traktowana jako rekonesans nowego miejsca. Z doświadczenia wiem, że dwa tygodnie w nowym miejscu to stanowczo za krótko by poznać na tyle lokalne warunki, aby móc myśleć o ustanawianiu rekordów szybowcowych. Nie robiłam sobie więc wielkich nadziei i postanowiłam skoncentrować się na poznawaniu terenu i pogody, oczywiście codziennie przygotowując i deklarując trasę potencjalnie rekordową.
UWAGA, BOMBA!
Czekała mnie bardzo długa podróż: Berlin-Frankfurt-Singapur-Sydney-Tamworth. Wylot z Berlina 1 stycznia 2010 rozpoczął się odladzaniem samolotu. Pojawiły się u mnie pewne obawy, by z powodu pogody moja podróż się nie przesunęła w czasie. Obawy te jednak okazały się bezpodstawne i pogoda była stosunkowo małym problemem, w przeciwieństwie do samotnie pozostawionej przez kogoś we Frankfurcie walizki, która to spowodowała dość duże zamieszanie na lotnisku. Walizka została znaleziona na galerii, na której są restauracje. Kazano nam opuścić tę strefę i zejść piętro niżej, skąd mogliśmy dokładnie obserwować podejmowane przez Policję, która wydawała się być nieco zdezorientowana, akcje. Po dłuższej chwili sprowadzono na poziom, na którym znajdowali się wszyscy ewakuowani, specjalny samochodzik, który jak podejrzewam służył do rozbrajania bomb. Wtedy policjanci zorientowali się, że samochodzik nie przemieści się na galerię. Zdecydowali więc, że domniemana bomba przemieści się w jego stronę. Tak oto została ewakuowanym zaprezentowana walizka, w której podejrzewano bombę. Chyba w ferworze walki wszyscy zapomnieli, że przed chwilą ewakuowano nas ze strefy rażenia owej bomby. Po chwili walizkę zabrano i pozwolono nam jeść. Niedługo po tym siedziałam już w samolocie australijskich linii Qantas do Singapuru i potem dalej.
WĘŻE NA DRODZE
Ziggy, jak obiecał, czekał na mnie na maleńkim lotnisku Tamworth, na które dotarłam niewielkim Dashem 8. Z rozmiaru tego lotniska zdałam sobie sprawę, gdy krótko przed lądowaniem zapytano, czy ktoś z nas potrzebuje taxi, które trzeba zamówić. Ponieważ byłam wyczerpana podróżą postanowiliśmy pierwszą noc zostać na miejscu i następnego ranka udać się do Lake Keepit, zabrać szybowiec i dotrzeć do odległego o ok. 350 km Narromine. Po nadzwyczaj dobrze przespanej nocy nie mogłam nacieszyć się temperaturą, która panowała już od wczesnego ranka na zewnątrz. Lato!
Chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, gdzie się znalazłam, i że czas najwyższy znaleźć kangura. Nie musiałam na to długo czekać, gdyż pierwszą kangurzą rodzinę spotkałam już na lotnisku Lake Keepit, z którego zabieraliśmy szybowiec Ziggy'ego - SZD 55 XT, którym to miałam latać. Na tymże lotnisku miałam też pierwsze spotkanie z wężem. Brown Snake na szczęście czasy swojej świetności, prawdopodobnie po spotkaniu z samochodem, miał już za sobą i stanowił pyszne śniadanko dla roju much. Wąż ten w stanie bardziej żywym jest dla człowieka śmiertelnie niebezpieczny i zaleca się unikania spotkań z nim. W trakcie mojego pobytu w Australii spotkałam jeszcze jednego węża tego gatunku. Tym razem w bardzo dobrej kondycji fizycznej i o długości przynajmniej 2,5 metra. Na szczęście byłam w samochodzie i nie spieszyło mi się wcale do robienia mu zdjęć.
Podczepiliśmy więc przyczepę z szybowcem i ruszyliśmy w podróż do Narromine. Śmiałam raz zadać pytanie, czy trafimy na miejsce bez nawigacji, czy może jednak wyjąć ją ze schowka. Ziggy spojrzał na mnie w sposób, który spowodował, że przestałam zadawać tego rodzaju pytania. Po 2 godzinach stanęliśmy... by zapytać o drogę.
NARROMINE DLA LOTNIKóW
Oprócz tego, że nadłożyliśmy ok. 150 km, udało nam się dotrzeć w całości na miejsce. Pierwszą osobą, którą poznałam na lotnisku był Shinzo Takizawa.
- Co masz w planie? - zapytał. Po czym oświecił mnie, że w tym roku jest bardzo wyjątkowy układ, który psuje pogodę. W ciągu 2 tygodni poprzedzających mój przyjazd spadła ilość deszczu normalna dla okresu 6 miesięcy. Powiedział też wprost, że w ciągu najbliższych 2 tygodni nie mam co liczyć na naprawdę dobrą pogodę.
Nietrudno się domyślić jaki ta informacja wywołała u mnie nastrój. Ziggy, rozpaczliwie próbując poprawić sytuację, zajął się organizowaniem dla mnie lotu zapoznawczego z miejscowym instruktorem. Pomogło. Godzinny lot z Arnie Twin Astirem zrelaksował mnie na tyle, że porzuciłam rozpaczliwie myśli o ucieczce z Narromine, by szukać szczęścia na południu Australii.
Narromine położone jest we wschodniej Australii, w stanie Nowa Południowa Walia, około 600 km na północny zachód od Sydney. Okolice charakteryzują się bardzo płaskim terenem z nielicznymi górkami w kierunku zachodnim. Tereny na zachód od lotniska są bardzo nielicznie zamieszkane. Często coś, co z powietrza wygląda jak farma, okazuje się od lat opuszczoną ruderą. Z tych powodów zalecane jest latanie ze Spotem. Kto nie ma własnego urządzenia, może bez problemu takowe wypożyczyć na lotnisku. Daje to bardzo duży komfort, zarówno pilotowi jak i ekipie naziemnej. W przypadku lądowania w terenie można z ogromną dokładnością znaleźć nawet konkretne pole na Google Maps. Pilot ma również możliwość wezwania z dowolnego miejsca bezpośredniej pomocy medycznej.

Samo lotnisko w Narromine jest świetnie przygotowane dla przyjezdnych. Na jego terenie znajduje się motelik, prowadzony przez przemiłe małżeństwo. Dostępna w nim jest pralnia, ogromna kuchnia z lodówkami dla wszystkich, jadalnia i swego rodzaju pokój dzienny. Umożliwia to własne gotowanie i nie zmusza do codziennego szukania pożywienia w wiejskich restauracjach, których w małym Narromine jest niewiele. Jest to bardzo wygodne i całe lotnicze towarzystwo spotyka się na śniadaniach oraz wieczornym gotowaniu, czy też grillu. Zawsze bardzo sobie ceniłam mieszkanie na samym lotnisku, a tam warunki są wyjątkowo sprzyjające. Wszystkie pomieszczenia są oczywiście klimatyzowane. Bez tego ciężko by było wytrzymać temperatury często grubo powyżej 40oC.
Jak już wspomniałam, mój nastrój bardzo się poprawił po pierwszym locie, więc zarządziłam składanie szybowca i osiągnięcie mimo wszystko gotowości bojowej. Pomysł ten nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem, bo chłopaki już zdążyli zająć się smakowaniem lokalnego piwa. Udało mi się ich jednak zmobilizować i złożyliśmy dwie SZD 55. Druga 55-tka SOJ należy do Paula, czeskiego Australijczyka, który także przyjechał z daleka do Narromine na latający urlop.
Wieczór spędziłam na zwiedzaniu lotniska, poznawaniu wszystkich, stałam się członkiem tamtejszego klubu szybowcowego i tym samym GFA (Gliding Federation of Australia). Jest to konieczne z różnych formalnych powodów. Wielką radość sprawiło mi ponowne spotkanie z cała ekipą poznaną na Węgrzech. Po dopełnieniu wszelkich formalności byłam gotowa do walki i, czując jeszcze skutki podróży, dość wcześnie pożegnałam towarzystwo i udałam się do mojego pokoju. Kolejną noc przespałam bez najmniejszych problemów. Szczęśliwie w żaden sposób nie odczuwałam skutków zmiany czasu. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Zawsze musiałam odchorować jet lag. Podejrzewam, iż świadomość tego, że mam tak niewiele czasu pozwoliła mi zapomnieć o wszelkich dolegliwościach.
LATANIE
Latanie rozpoczęłam już następnego dnia. Nie obyło się jednak bez początkowych problemów. Prawe skrzydło szybowca nie chciało przyjąć więcej jak 80 litrów wody. Nie pomagało przedmuchiwanie odpowietrznika, czy też przekładanie szybowca ze skrzydła na skrzydło. Problemu nie udało nam się rozwiązać do końca pobytu. Musiałam pogodzić się z tym, że nie będę latać z pełną wodą. Nie jest to zbyt komfortowa sytuacja, gdyż 55-tka lubi być ciężka, a ja sama zawsze latałam tym szybowcem zatankowanym po brzegi.
Ponieważ pogoda była zgodnie z obawami bardzo słaba, w pierwszych dniach odbywałam loty mniej lub bardziej termiczne w promieniu 50 km od lotniska. Podstawy chmur nie przekraczały 1100 metrów a średnie noszenia nie chciały być większe niż 0,5 m/s. Po raz kolejny było mi dane doświadczyć, że nie ma cudów i miejsc na świecie gwarantujących dobrą pogodę i naprawdę nie wystarczy pojechać w odpowiednie miejsce i ustanowić rekord z tak zwanego automatu. Nie można się jednak poddawać i należy próbować każdego dnia.




