Altair


Autoryzacja


Resetuj hasło
Autor: Michał Lwowski

Czerwcowa noc, około godziny trzeciej. Siedzę w Chinooku załadowanym polskimi i amerykańskimi żołnierzami oraz bagażami. Za chwilę startujemy z Sharany do Ghazni, gdzie stacjonuje Polski Kontyngent Wojskowy, a w jego składzie Samodzielna Grupa Powietrzno-Szturmowa.

Podczas lotu nad wioskami istnieje zawsze zwiększone ryzyko dostania się pod ostrzał nieprzyjaciela / Zdjęcie: Mariusz Adamski

Dwa tygodnie wcześniej, na pokładzie Boeinga 757 North American Airlines, wyruszyłem z ostatnią grupą IX zmiany PKW z Wrocławia do amerykańskiej bazy Manas w Kirgistanie. W samolocie sami Polacy, paru reporterów i kilku panów po cywilnemu, prawdopodobnie z jednostek specjalnych. Obsługa bardzo miła, kilka stewardes, które starają się zrekompensować swoimi miłymi uśmiechami dość wczesną porę i niewygody podróży.

W Manas wylądowaliśmy około 3:00 czasu miejscowego (około 23:00 czasu polskiego). Różnica czterech godzin staje się pomału odczuwalna. Czułem się niewyspany i całkowicie rozbity. Zawieźli nas autobusem najpierw po bagaże, później do wielkich namiotów, w których zająłem miejsce na jednym z czterystu łóżek. Miałem szczęście, trafiło mi się miejsce na dole, a nie jak tu popularnie mówią na gałęzi, czyli na łóżku na piętrze.

Zaczął się dzień, pomimo zmęczenia postanawiam zobaczyć bazę i coś zjeść. Udałem się na delikatny rekonesans po bazie. Moje pierwsze wrażenie było pozytywne. Baza wygląda na dobrze zorganizowaną, bez trudu odnalazłem interesujące mnie obiekty, czyli odpłatną rozmównicę, PX czyli amerykański sklep, w którym można kupić wszystko, co żołnierzowi na misji potrzebne i DiFac, czyli stołówkę. Postanowiłem najpierw coś zjeść, zrobić zakupy, a na końcu zadzwonić do kraju. Ze względu na różnicę czasu nie chciałem tego robić za wcześnie, aby nie pobudzić rodziny w środku nocy.

Trzeci dzień w Manas, zaczynam się pomału nudzić. Czekam z niecierpliwością na przerzut do kolejnego punktu mojej podróży, czyli Bagram w Afganistanie. Niestety jest rotacja, więc muszę uzbroić się w cierpliwość, ponieważ kolejka w jedną i drugą stronę jest wielka. Po południu dowiaduję się, że dzisiaj w nocy około godziny czwartej mam być w terminalu, celem odprawy do Bagram. Dziwne są te podróże po nocach. W moim namiocie podczas jednej nocy trzy razy zmienił się sąsiad na łóżku nade mną. Widocznie nocą jest wygodniej przerzucać wojsko w poszczególne miejsca.

Siedzę w C-17 opięty w kamizelkę kuloodporną, z hełmem na głowie. W rejon działań wojennych przerzutu dokonuje lotnictwo amerykańskie. W tym samolocie nie jest już tak wygodnie. Brakuje także uśmiechniętych stewardes. Zamiast nich na pokładzie opiekuje się nami potężny sierżant US Air Force, który pełni funkcję loadmastera, czyli człowieka odpowiadającego za załadunek. W porównaniu do Boeinga, w Globemasterze w środku wszystko wygląda surowo. Nie ma wygodnych foteli i wyciszonej kabiny. Mam stopery w uszach, które przed wejściem wydawał nam człowiek z załogi C-17.

Przebywam już czwarty dzień w Bagram, wielka poradziecka baza, otoczona górami. Poruszam się po niej autobusami, które prowadzą Afgańczycy. Zdążyłem zwiedzić już wszystkie miejscowe sklepy i amerykański PX oraz wszelkie możliwe DiFaci, w których jedzenie smakuje tak samo. Po paru dniach podróży już przestaję tolerować jednostajne amerykańskie posiłki, które robione są tak, że czuję się jakbym ciągle stołował się w McDonaldzie.

Odbyłem dzisiaj szkolenie razem z pozostałymi żołnierzami z pomocy medycznej, combat SAR-u, przepisów prawnych dotyczących zasad działań PKW w teatrze działań wojennych. Jednak najciekawsze było szkolenie z saperami. Na własne oczy mogłem zobaczyć zabawki, które talibowie robią praktycznie ze wszystkiego, żeby uprzykrzyć życie żołnierzom koalicji. Prawdopodobnie dzisiaj nad ranem polecę dalej, chociaż to się zmienia z godziny na godzinę.


Skrzydlata Polska - 09/2011
Drukuj Góra
www.altair.com.pl

© Wszelkie prawa zastrzeżone, 2007-2021 Altair Agencja Lotnicza Sp. z o. o.